niedziela, 24 czerwca 2018

Rozdział 2

  – Co wy sobie myślicie?! Od tak wyruszysz za granicę, objeżdżając arystokrację i pytając, czy mają maga w rodzinie?! – Cała trójka siedziała w salonie królowej. Catalina w wielkim, obitym butelkowozielonym aksamitem fotelu, a jej dzieci w pasującej sofie naprzeciwko. Głęboka, ciemna barwa przypominająca igliwie sosny, której była suknia kobiety, dodawała królowej trochę mroku, jakby nastrój sytuacji jej nie wystarczył.
– Mamo, ja wiem, że to niebezpieczne, ale nie mogę pozwolić, by choroba się rozprzestrzeniła. Poza tym możemy posłać listy z prośbą do całej tej śmietanki towarzyskiej, nie koniecznie muszę się tam wybierać – Amit starał się uspokoić matkę, tym bardziej że rozmawiając bez obecności służby otwierała się dla rodziny i czuł, iż uda mu się ją przekonać.
Elizabeth przytaknęła, a wtedy w sercu królowej zrodziła się nadzieja, którą – niestety – szybko przyćmiły realia i obawy związane z tym pomysłem.
– Co, jeżeli ktoś wrogi przechwyci wiadomości? Dowiedzą się, że w państwie panuje niezidentyfikowana choroba! Mogą to przecież wykorzystać. Tracimy żołnierzy! To nie jest zabawa, a sprawa wagi państwowej, moje dzieci. – Kobieta ewidentnie spanikowała. Zaraz po zemdleniu Floriana Wielka Merta wyznała Catalinie, że może uchronić jej rodzinę przed zachorowaniem, więc o zdrowie swoje i reszty potomków się nie martwiła. Tu chodzi o jej synka, o jej poddanych, o jej naród. Naprawdę przerażała ją wizja upadku państwa. Tyle lat sprawowała nad nim pieczę, a teraz jej podwładnym groziło śmiertelne niebezpieczeństwo.
  – Nie dramatyzuj! Takie rzeczy zdarzają się wyjątkowo rzadko, a innego wyjścia nie mamy. Gorzej już i tak być nie może! – Amit przewrócił oczyma. Zaczął się niecierpliwić. Na swój sposób kochał matkę, ale wydawała mu się bardzo irytującą kobietą, szczególnie gdy coś szło nie po jej myśli.
Catalina spiorunowała go wzrokiem, ale syn niezbyt się tym przejął. Zamiast tego, kompletnie ignorując już otwierającą usta królową, kontynuował:
  – Albo roześlemy listy, albo sam pojadę. Co wybierasz? – Amit wyprostował się, chcąc upewnić samego siebie o posiadanej kontroli. To dziwne, że władza tak bardzo nim zawładnęła. Z reguły to on musiał słuchać rozkazów Cataliny, ale tym razem nie miała już na niego tak dużego wpływu. To ja decyduję.
Jedynymi osobami, z których zdaniem musiał się liczyć byli ministrowie, ale oni zgodzą się na wszystko, byleby podlizać się władcy. Amit doskonale o tym wiedział, więc nie przejmował się zbytnio prawdopodobieństwem odrzucenia jego planu. Stare pierdle, które zagrzewają miejsce w pałacu, bo niby zasłużyli się państwu. Tak naprawdę, z całej dwudziestki było tylko siedmiu, rzeczywiście posiadających jakiekolwiek godne podziwu zasługi dla Kerenii.
 – Czy ty dalej nie rozumiesz?! Jaki poważny monarcha pomoże innemu władcy bez zapłaty? Rozpowszechniając wiadomość o zarazie, narażamy nas na atak, albo odwrotnie, całkowitą ignorancję ze względu na zagrożenie. A poza tym, żaden znany mi członek rodziny królewskiej nie ma ważnych osiągnięć w dziedzinie czarów. Możemy zdać się na zwykłych magów, ale musisz zapomnieć o Magii Królewskiej, bo to niemożliwe. Przykro mi. – Catalina nieoczekiwanie zaczęła płakać, a Elizabeth, by ją pocieszyć, ominąwszy dzielący je stolik, przytuliła swą matkę i sama również uroniła parę słonych kropel. Mężczyźnie wydawało się, że już dawno wypłakały cały zapas przypisanych im dzisiejszego dnia łez, ale jak zwykle, zadziwiły go.
Amit nie spodziewał się takiego wybuchu. Wiedział, że może trochę przesadził, ale nie na tyle, by matka tak zareagowała! Może to wydawać się mało empatyczne, ale on nie zamierzał pocieszać płaczących kobiet. Wstał, spojrzał na nie i sam również odczuł smutek. Zdawał sobie sprawę z racji królowej, lecz nie potrafił przyjąć tego do serca. Nie pokładał już nadziei w Wielkiej Mercie ani w żadnym innym obdarowanym tak przeciętną mocą człowieku. Opanowała go panika i frustracja. W tej chwili stać go było jedynie na podejście do dalej szlochających niewiast i delikatne objęcie ich ramionami. Jego złote, przydługawe włosy opadały mu na czoło, a oczy miał zamknięte. Trwali w tej grobowej ciszy jeszcze chwilkę, aż Elizabeth wyprostowała się i odsunęła.
  – Wybaczcie, to nie na moje nerwy. Pójdę zobaczyć co z Clarą i Nealem, dobrze? – odezwała się drżącym głosem księżniczka. Obtarła jeszcze tylko policzki fioletowymi rękawami sukni i nie czekając na odpowiedź skierowała się do wyjścia. Cała drżała z emocji. Królowa jej nie zatrzymywała, mężczyzna również. Matka spojrzała jedynie na córkę i spróbowała się do niej uśmiechnąć, lecz w ostateczności złagodniał jej tylko wzrok, a usta jedynie drgnęły.
Ostatecznie drzwi zatrzasnęły się za królewską córką, a platynowe loki i lawendowy materiał zdobionej złotymi nićmi sukni to ostatnie co widzieli przed jej wyjściem. Po raz kolejny tego niespokojnego popołudnia zapadła krępująca cisza. Amit nie chcąc już zagęszczać atmosfery, usiadł, czekając aż kobieta zrobi to samo.
  – Rozumiem, że nie zamierzasz zmienić zdania? – Kobieta przełożyła nogę na nogę, mimo iż zawsze uważała to za zły nawyk, dodawało jej to pewności siebie.
  – Nie, mamo.
– Amit, jesteś pewny? – musiała usłyszeć to kolejny raz.
– Jeszcze dziś wezmę się za napisanie listów, a następnie każę rozesłać je do władców. Nie mogę odtrącić jedynej szansy na uratowanie mojego kraju tylko dlatego, że sam mogę na tym ucierpieć. - Blondyn zaczął rozglądać się po pomieszczeniu z przyzwyczajenia. Zieleń. To właśnie kolor opisujący jego matkę. Prawie cała jej szafa to wszystkie odmiany tego koloru, a nawet wnętrze jej komnat było tej właśnie barwy. Ciężkie, zielone zasłony, dębowa podłoga i mnóstwo roślin, to właśnie to, w czym gustowała królowa. Amit nie mógł się nadziwić, jak wielką obsesję na punkcie tego koloru miała jego matka.
  –Nie zatrzymuję cię już więcej, muszę odpocząć. – Catalina potarła dwoma palcami czoło, jakby wymagała od samej siebie wielkiego skupienia. Emocje trochę opadły i wróciła jej matczyna troska. W tym momencie nie zwracała już uwagi na wycofującego się powoli Amita, myślami próbowała przywołać obraz Floriana. Jak się czuje? Może się obudził? Co, jeśli nie zdąży się nawet z nim pożegnać? Wszystkie jej obawy wypłynęły niespodziewanie, zalewając kobiecy umysł falami niepokoju.
  – Amit, mam prośbę. – Kobieta spojrzała na syna.
  –Tak?
  – Mógłbyś... No wiesz... – przerwała w połowie zdania, by nie rozkleić się przed królem – Zajrzeć do niego? – mówiła to z niepewnością, całkowicie niepasującą do jej władczego oblicza, które może z przyzwyczajenia, może z własnych pobudek, pokazywała nawet bliskim.
– To właśnie zamierzałem zrobić, ale nie teraz, byliśmy tam przed chwilą. – widząc zatroskaną minę swojej matki, dodał:
– Nie martw się, Merta nad nim czuwa! Najpóźniej jutro rano wyślę listy, które do najbliższych odbiorców trafią w ciągu tygodnia, jak nie wcześniej.– spojrzał w szare, spuchnięte od płaczu oczy.
Królowa z całego serca pragnęła, by jej pierworodnemu się udało. Nigdy w życiu nie przyznałaby mu racji, jednak po cichu trzymała kciuki za niego.
  – Nie płacz, mamo.
– szepnął. Catalina uśmiechnęła się bardzo lekko i był to raczej grymas pełen przygnębienia niż nadziei. Amit potarł pokrzepiająco jej ramię, choć czuł, że sam także potrzebuje pocieszenia. Musiał być silny za ich szóstkę, nawet za Floriana. Musnął jej policzek na pożegnanie, bardziej z nawyku niż z potrzeby, ale był to bardzo czuły gest, jak na te wymieniane między nimi. Kobieta była wobec Amita szczególnie surowa, ale pojawiały się chwile, w których tej dwójce puszczały wszelkie hamulce i ich relacje wyglądały tak, jak powinny między dzieckiem a rodzicem.
 – Wiem, że mówię ci to wyjątkowo rzadko, ale chciałabym, byś to wiedział synku. – Zawiesiła ręce na jego szyi, powoli wstając. Poczuła niezwykle silną potrzebę zamknięcia go w ramionach. Może to dlatego, że czuła się samotna po śmierci męża, a syn tak bardzo jej go przypominał. A może dlatego, że poczuła się winna, iż tyle ma już lat, a momenty, gdy mu to wyznawała mogłaby policzyć na palcach swoich dłoni. Kto wie? Ona sama nie do końca była pewna, czemu zdecydowała się na to właśnie teraz, ale odparła załamującym się głosem:
 – Kocham cię, kocham was wszystkich. Ciebie, twoich braci i siostry. Może nie jestem najlepszą matką, ale darzę całą waszą piątkę miłością, nawet jeśli nie potrafię tego pokazać – Amitowi odebrało głos. Musiał schylić się troszkę, by również objąć matkę, więc stał tak ze zwieszoną głową, wtulony w kobietę. Szok. To było jak cios w plecy. Niespodziewany, szybki i zabierający dech w piersi.
–Też... Też cię kocham. –Jego głos troszkę zadrżał i poczuł zażenowanie. Niecodziennie wyznawał swojej rodzinie miłość. Nie był tego nauczony. Oderwali się od siebie zakłopotani, choć gdzieś tam, w głębi serca, szczęśliwi, że odważyli się przebić dzielący ich mur. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz